Dzisiaj jest piątek, od tygodnia nie sypiam. Straciłam ochotę na cokolwiek. W głośnikach leci głośno utwór Myslovitz „Nienawiść”. W nocy słucham utworów Sweet Noise o dobijających tekstach. O fałszu w miłości, nienawiści i kompletnym braku nadziei.
Wszystko to pasuje do mnie w obecnej chwili.
Wszystko mnie drażni, na sen biorę tabletkę jedną, na depresje drugą. Do tego te cudowne reklamy o depresji i o całej marnej egzystencji i ta maleńka tabletka co nagle robi świat różowym.
Staram się wychodzić z domu do jakiś klubów ( obecnie juwenalia, blech więc rzekomo wypada- gówno, nic nie wypada!). Co z tego, że się staram jak się męczę, muszę stwarzać pozory, że jest miło i przyjemnie, durnie się uśmiechać- bo nienawidzę sytuacji, gdy ludzie zaczynają pytać „co jest?”, „wszystko w porządku?” „czemu jesteś smutna?”.
Zaczęło mnie to przerastać. Jakiś kretyn nęka mnie swoimi uroczymi tekstami, że jak się rozerwę wszystko minie. A ja mam w dupie rozmowy z jakimiś mężczyznami a w szczególności tymi co uważają ze potrafią uleczyć każde serce. Tak więc na własne życzenie siedzę w domu i rezygnuje z być może „wielkiej miłości”- ha ha! Nawet nie poinformowałam go, że nie przyjdę na spotkanie i dobrze! Rzygać mi się chce tą świadomością, że miałabym spędzić z nim jakiekolwiek popołudnie i rozmawiać o czym kolwiek a w myślach oglądać filmy o dopijających wątkach. Tak by to wyglądało, gadał by, gadał... i co z tego. Nic by z tego nie wyszło, nic by z tego nie było.
Do tego wszystkiego wydaje mi się, że nikt mnie nie rozumie. Ja sama siebie nie rozumiem, bo płacze i nie mogę się pozbierać. Sam fakt, że pisze to wszystko na tym głupim blogu świadczy o mojej desperacji i złym stanie psychicznym.
Zastanawiam się jakie lekarstwo jest na życie- na lepsze życie. Pozytywne patrzenie na każdą złą chwilę, no cóż... nie pomaga.
Oglądałam ostatnio „Rozmowy w toku” o mężczyznach którzy pastwią się nad kobietami i znęcają psychicznie a te wciąż żyją w tych związkach i twardo uważają, że swoich mężczyzn kochają. Pomimo tego, że je krzywdzą. Ja rozumiem te kobiety. Rozumiem je i po części się z nimi zgadzam.
Trzy lata byłam w takim związku- oczywiście nie zawsze było źle ( ale każda kobieta powie to samo, że dla cudownych chwil warto pocierpieć- i to jest właśnie ten największy błąd popełniany przez Nas).
Ostatni dzień weekendu majowego przeżyłam na skraju załamania nerwowego. Leżąc na ziemi obita, potłuczona zrozumiałam, że muszę uciec od tego chorego związku. Dlatego piszę, że rozumem te kobiety w patologicznych związkach. Ciężko jest się pozbierać a tym bardziej być silnym i nie wracać po sto razy do tego partnera dla którego kobieta w chwili agresji jest workiem treningowym. Kocha się osobę która krzywdzi, która potrafi zranić Cię, przemienić się w bestię. Można powiedzieć, że kobieta zaczyna zastanawiać się nad sensem związku w momencie, gdy upadnie i nie będzie się mogła podnieść- w dosłownym i metaforycznym znaczeniu.
Teraz ciśnie się na usta fragment:
[I]„I nagle skończy się to wszystko w co wierzysz co kochasz zasypie śnieg
Dziki uniesie cię wiatr upuści cię nagle uderzysz ufałeś mu tak[/I]
Ten obecny czas w moim życiu jest najcięższy i nie dlatego że straciłam całą motywację do dalszego życia ale strasznie się rozczarowałam i nie potrafię się pozbierać. Jednym słowem boli mnie to co się stało. Co chwile mam myśli, że może po części to moja wina. Popchnął, uderzył, krzyczał, zniszczył wszystko... zdewastował... że może ja trochę go do tego sprowokowałam. Gdy mam napad takich myśli staje przed lustrem i patrze. Potem patrze na rozbity telefon, zniszczoną szafkę. Pryska wszystko. Siadam wtedy i patrze w przestrzeń- tak jakby tam w głębi było rozwiązanie wszystkich moich problemów, wyjście z sytuacji i wizja lepszego jutra. Wczoraj miałam chwile słabości chciałam wziąć telefon i zadzwonić do Niego. Na szczęście nie mam telefonu- i nie mam jego numeru. Nie mogę tego zrobić. Jestem silna i zakończyłam tą „grę” w toksyczny związek.
Na razie to tylko tydzień ciszy i spokoju. Przetrwam drugi tydzień i będzie coraz lżej. Do tego wszystkiego doszła jeszcze operacja moich oczu. Wiem, że niektórzy mają gorzej ode mnie. Tylko, że są też i tacy co mają lepiej. Nie broń Boże ja nie narzekam. Ja się ciesze... że w chwili gdy dostałam po pysku zrozumiałam, że żyć tak się nie da. To był jeden z większych przełomów w moim życiu.
Mam jeszcze szanse żyć na nowo, może za rok może za dwa. Najważniejsze jest bym znalazła swoją oazę spokoju.
Dziękuje moim rodzicom za pomoc i wsparcie.